Samuraje? Gejsze? Nic podobnego! Oto Japonia z czasów najmniej nam znanych

Mówimy: Japonia – myślimy: samuraje. Przed oczyma stają nam wojownicy śpieszący konno na pole bitwy, a uszy wypełnia szczęk zderzających się katan. Albo wręcz przeciwnie, słyszymy uwodzicielski dźwięk samisenu, a w naszej wyobraźni pojawiają się tańczące gejsze. Tym bardziej zaskakujące dla człowieka Zachodu może być zderzenie z kulturą epoki Heian (794-1185), będącą tak diametralnie różną od popularnych skojarzeń związanych z Japonią, jak dzień od nocy. Warto jednak zapoznać się z tymi niezwykłymi czasami, bo wedle samych Japończyków, były one najwspanialszym okresem w dziejach ich kultury.
Pawilon Feniksa w Uji. Jeden z niewielu zachowanych przykładów architektury japońskiej epoki Heian. Zdjęcie ze zbiorów Juliana Marcinowa.
Pawilon Feniksa w Uji. Jeden z niewielu zachowanych przykładów architektury japońskiej epoki Heian. Zdjęcie ze zbiorów Juliana Marcinowa.

Epoka Heian, która swoje miano wzięło od ówczesnej nazwy Kioto, zwanego w owych dniach Heian-kyō, obfituje w paradoksy. Przypadły na nią najdłuższe w historii Japonii lata pokoju- przez prawie cztery wieki, poza epizodycznymi buntami w oddalonych prowincjach, kraj nie zaznał wojny. Biorąc pod uwagę, że w stuleciach, które przyszły potem, konflikty zbrojne wybuchały jeden po drugim, a każdy cechował się jeszcze większą brutalnością niż poprzedni, nie ma się co dziwić, że późniejsze generacje z nostalgią wspominały opisywany okres. Naprawdę zaskakiwać zaś może fakt, że ów długotrwały pokój trwał w warunkach coraz większego bezładu administracji państwowej i pogłębiającego się oderwania elit od rzeczywistości. Epokę tę oglądamy zresztą właśnie oczyma owej bujającej w obłokach elity – zamieszkującej stolicę arystokracji dworskiej, stojącej na szczycie ówczesnej japońskiej drabiny społecznej. Powód jest bardzo prosty- jedynie arystokraci umieli pisać i pisali na potęgę, ale cała stworzona przez nich spuścizna literacka (z której do naszych czasów i tak zachowała się tylko część) dotyczyła wyłącznie ich samych! Tak więc, mimo iż Kraj Kwitnącej Wiśni zamieszkiwało w tamtych czasach około 5 mln osób, z czego zaledwie 1% mieszkało w Heian-kyō, jedyny dobywający się z przeszłości słyszalny dla nas głos pochodzi od 0,1 owego 1%, bo tyle łącznie wynosiła populacja arystokratów. Jak wyglądało życie prostego ludu czy prowincjonalnej szlachty zarządzającej majątkami ziemskimi nieobecnych zwierzchników? Nie wiadomo. Arystokraci nie pisali o nich nic- prowincjonale elity, z których potem powstali samurajowie, uważali bowiem za chamów i prostaków, a przedstawiciele zwykłego ludu w ich oczach byli rodzajem zwierząt.

Stolica na miarę naszych możliwości

Heian-kyō było drugą stałą stolicą Japonii. Poprzednia- Nara, funkcję swą pełniła zaledwie siedemdziesiąt cztery lata. Wzrost potęgi tamtejszych świątyń buddyjskich, których opaci coraz częściej mieszali się do polityki, przekonał ród cesarski do przeprowadzki w inne miejsce. W roku 785 dwór przeniósł się do zbudowanego od postaw miasta Nagaoka-kyō, długo tu jednak miejsca nie zagrzał. Gdy w wyniku walk frakcyjnych w tajemniczych okolicznościach stracił życie cesarski brat – książę Sawara, w stołecznej metropolii zaczęły dziać się rzeczy złowrogie – wybuchały pożary i epidemie, a ludzie marli jak muchy. Ową czarną serię zdarzeń przypisano duchowi księcia, który gnany żądzą zemsty na odpowiedzialnych za swą śmierć, powrócił do stolicy, by szerzyć terror. Nagaoka-kyō czym prędzej porzucono, uciekając do kolejnego nowego miasta – Heian-kyō. Sawara jednak nie odpuszczał – jego widmo, jak wierzono, ruszyło w ślad za dworem. Upiora pozbyto się dopiero w roku 800, kiedy doprowadzone do ostateczności władze oficjalnie wyniosły zmarłego księcia na cesarski tron. To chyba ukontentowało mściwego ducha, bo wreszcie odpuścił żywych.

Heian-kyō, podobnie jak Nara, wzniesione zostało na podobieństwo Chang’anu – stolicy Chin rządzonych przez dynastię Tang. Państwo Środka długo zresztą stanowiło dla ówczesnych Japończyków wzór doskonałości na każdym polu, który starali się jak najwierniej naśladować. Na kontynent wysłano poselstwa złożone z dostojników, uczonych i buddyjskich mnichów, by na dworze Synów Niebios uczyli się zasad obowiązujących w cywilizowanym świecie, a wracając, przenosili owe wzorce do ojczyzny. Przez wieki Kraj Kwitnącej Wiśni starał się przemienić w miniaturkę cesarstwa chińskiego. Gdyby jednak zawitał do niego turysta z Państwa Środka, efekty owych starań zapewne by go zdziwiły. Choć architekci budujący Heian-kyō trzymali się planów Chang’anu tak mocno, jak mogli, nie dało się ukryć, że wznoszą potężną imperialną metropolię w kraju stosunkowo biednym i zacofanym. Miasto zbudowane z rozmachem, posiadające choćby nieprawdopodobnie szerokie ulice, było po prostu za duże jak na liczbę swoich mieszkańców. Dziesiątki budynków pozostało obracającymi się w ruinę pustostanami. Podobny los spotkał część bram miejskich – otaczające je mury obróciły się w przeciągu dekad i stuleci w gruzy, a bramy przemieniły w skupiska mętów społecznych i gniazda złodziei. Inne opuszczone budowle również znalazły dzikich lokatorów. Nocne wędrówki po tonącej w ciemności stolicy stały się niebezpiecznymi eskapadami, nieostrożny spacerowicz mógł zarobić nożem pod żebro lub pałką w głowę. Jakby nie dość było całkiem materialnych zagrożeń, powszechnie wierzono, że nocami po ulicach włóczą się ludożercze demony. Szczególnie złą sławą cieszyła się będąca rzekomo ich siedliskiem brama Rashōmon, którą w XX wieku uwiecznić mieli pisarz Akutagawa Ryūnosuke i filmowiec Kurosawa Akira.

Chiny w krzywym zwierciadle

Inną o wiele bardziej znaczącą porażką poniesioną przez Japonię w naśladowaniu starszego brata z kontynentu była zdegenerowana forma, w jaką przerodził się zaczerpnięty z Chin aparat administracyjny. Za rządów dynastii Tang w Państwie Środka ostatecznie ukonstytuował się mający przetrwać trzynaście stuleci system, w którym urzędników do służby państwowej rekrutowano na podstawie wyników pisanych przez kandydatów egzaminów z myśli konfucjańskiej. Otwierało to drogę do kariery urzędniczej jednostkom zdolnym i pracowitym – po raz pierwszy w dziejach ludzkości o zdobyciu dostępu do władzy decydowało nie urodzenie, a osobiste zdolności. Jako że system ten działał we wczesnym średniowieczu doskonale, zapewniając Państwu Środka sprawne zarządzanie, japońscy reformatorzy z VIII wieku (okres Nara) postanowili zaprowadzić go również u siebie. Japonii narzucono zatem wzorowany na chińskim skomplikowany aparat administracyjny, za którego sprawne działanie miała odpowiadać rzesza urzędników.

Skutki reformy zawrzeć można by w słowach: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. Kraj Kwitnącej Wiśni, państwo w porównaniu z kontynentalnym sąsiadem znajdujące się wciąż na prymitywnym stopniu rozwoju, po prostu nie potrzebował aż tak rozbudowanej biurokracji. Z biegiem lat kolejne szumnie zwące się stanowiska przemieniały się w puste synekury. Problem narastał przez całą epokę Heian, mimo to nigdy nikomu nie przyszło nawet na myśl, by odchudzić rozbuchaną administrację, wręcz przeciwnie, rozrastała się ona coraz bardziej i bardziej, aż w końcu załatwienie jakiejkolwiek sprawy urzędowej zaczęło przypominać pamiętną przygodę, jaką przeżyli bohaterowie kreskówki Dwanaście prac Asteriksa, próbując zdobyć potrzebne im zaświadczenie. Ogłaszanie cesarskich dekretów przedłużało się w nieskończoność, bo przelane na papier krążyły pomiędzy kolejnymi ministerstwami, biurami i kancelariami, gdzie były przepisywane, opieczętowywane, komentowane, by następnie znów wrócić do cesarza, który zatwierdziwszy treść dokumentu, puszczał go w dalszy obieg. Przekraczano nowe granice  absurdu, by nie rzec wręcz, że patologii – maszyna państwowa potrafiła zajmować się kwestiami takimi, jak jakie nakrycie głowy nosić powinien ulubieniec cesarza – Ichijō. Nie byłby to może aż tak dziwnym zagadnieniem, gdyby nie fakt, że faworyt ów był… kotem.

Zwiedzający Japonię epoki Heian Chińczyk, szybko dostrzegłby inne wynaturzenia chińskich wzorców. Choć w oryginalnym modelu o przydziale urzędu decydowało przejście przez egzaminacyjne sito, w Kraju Kwitnącej Wiśni egzaminów urzędniczych nigdy nawet nie przeprowadzano! Miejsce w maszynie biurokratycznej cesarstwa zapewniało urodzenie w arystokratycznej rodzinie, a możliwości awansu zależały od pochodzenia. Najwyższe urzędy zarezerwowane były dla członków klanu cesarskiego, którzy nosili rangi dworskie od pierwszej do trzeciej (rang tych było łącznie dziesięć). Jako iż japońscy monarchowie mieli liczne żony, po stolicy wiecznie pętała się masa ich nadprogramowych potomków. Wyłączano ich z sukcesji, symbolicznie usuwając z dynastii poprzez nadanie im nowych nazwisk. Taki los był choćby udziałem księcia Genji Hikaru – bohatera najświetniejszego literackiego dokumentu epoki, powstałej na początki XI wieku pierwszej w dziejach powieści psychologicznej pióra damy dworu Murasaki Shikibu, zatytułowanej Opowieść o księciu Genji. Obsada innych urzędów przypisana była przedstawicielom pozostałych rang wedle zasady, że im niższą arystokrata się legitymował, tym bardziej podrzędne miejsce zajmował w maszynie administracyjnej. Awans zależał wyłącznie od pochodzenia i pokrewieństwa, kwitły nepotyzm i korupcja. W X wieku degeneracja systemu osiągnęła już stopień zatrważający- obowiązki oficjeli ograniczały do funkcji ceremonialnych. Cesarstwo nie zawaliło się tylko dlatego, że załatwianie potrzebnych do jego przetrwania czynności przejęły prywatne rady administracyjne potężnego klanu Fujiwara, który zdominował scenę polityczną, uzależniając od siebie kolejnych cesarzy, przy których jego przedstawiciele pełnili funkcje regentów i kanclerzy.

Manekin prezentujący ubiór arystokraty z epoki Heian. Muzeum Księcia Genji w Uji. Zdjęcie ze zbiorów Pawła Dybały

Turysta z Chin, widząc to wszystko, uznałby, że trafił do krainy szaleńców. Na administracji będącej de facto parodią chińskiego oryginału powody do zgorszenia by się jednak nie skończyły. Filozofia konfucjańska, będąca podstawą chińskiej cywilizacji, w ówczesnej Japonii cieszyła się wyjątkowo małym poważaniem. W sferze oficjalnej Konfucjuszowi i jego myśli oddawano wielką cześć, jednak w praktyce… Co prawda w Heian-kyō działała konfucjańska akademia, do której arystokracja mogła posyłać swych synów na studia, jednak zgłębianie nauk stanowiło sztukę dla sztuki – w świecie  nobilów epoki Heian dyplom uniwersytecki był niewiele wart. Pewnie dlatego ci spośród szlachetnie urodzonych, którzy trafiali na uczelnię, niezbyt przykładali się do przyswajania wiedzy. Z zachowanych dokumentów wynika, że niektórzy studenci egzaminy końcowe potrafili oblewać po kilkanaście razy, a wszelkie rekordy w tej materii pobił wieczny student  z arystokratycznego rodu Tachibana, któremu ukończenie nauki zajęło…dwadzieścia lat. Do X wieku uniwersytet cesarski cieszył się już tak nikłym poważaniem, że we wspomnianej Opowieści o księciu Genji jego wykładowcy zostali odmalowani jako gromada błaznów w źle skrojonych, przeżartych przez mole szatach. Sama kadra uczelni była zresztą pozbawiona złudzeń co do tego, jak jest postrzegana. Petycja złożona przez jednego z profesorów u cesarskiego tronu to istny krzyk rozpaczy:

Doszło do tego, że uniwersytet uważa się za widownię rozczarowań, siedlisko głodu i nędzy. Rodzice nie życzą sobie już, by dzieci studiowały, dziedzińce uczelni porastają dziką trawą, sale wykładowe świecą pustkami.

Jednak to nie niewesoły los uczonych najbardziej przeraziłby naszego hipotetycznego Chińczyka. Konfucjanizm kładzie szczególny nacisk na nabożność synowską, uważając ją za podstawę ładu społecznego. W Japonii Heian nawet to stało  na głowie. Przywołam tu losy księcia Genji, który, choć jest postacią fikcyjną, stanowił dla jedenastowiecznych arystokratycznych czytelników ideał do naśladowania. Otóż wszedłszy w wiek młodzieńczy, bohater Murasaki uwodzi… własną macochę, stając się w efekcie biologicznym ojcem swego przyrodniego brata! W Chinach syna przyprawiającego rogi ojcu skazano by na śmierć i to okrutną (w późniejszych wiekach prawo przewidywało za taki czyn posiekanie żywcem na kawałki). Tymczasem Genjiego nie spotykają żadne przykre konsekwencje graniczącego z kazirodztwem cudzołóstwa! Pogwałcenia nabożności synowskiej zdarzały się nie tylko w literaturze – pewien oficer gwardii cesarskiej, wstydząc się swoich pochodzących z prowincji rodziców, uznawszy, że stoją na drodze jego kariery, problem rozwiązał… własnoręcznie topiąc staruszków. Podobnie jak księcia Genji za zbrodnie tę nie spotkała go żadna kara, poza satyrycznym wierszem napisanym przez pewnego dworzanina.

Podsumowując to wszystko, turysta z Chin prawdopodobnie czym prędzej uciekłby z Japonii, uznając jej elity za bandę degeneratów, a wróciwszy do domu, przestrzegałby wszystkich znajomych przed odwiedzinami na archipelagu. Zresztą, nawet gdyby chcieli oni się nań wybrać, od końca IX wieku było to niemożliwe. W roku 894 japoński rząd, uznawszy, że niczego się już od Chińczyków pożytecznego nie nauczy, zawiesił kontakty z kontynentalnym cesarstwem. To ostatnie zresztą niedługo później pogrążyło się w chaosie i rozpadło na kawałki, które zjednoczone zostać mały dopiero za kilkadziesiąt lat, więc można przypuszczać, że nawet gdyby owa bambusowa kurtyna nie zapadła, to i tak mało kto w Państwie Środka miałby głowę do zamorskich wojaży.

Czas piękna

Przedstawione powyżej przykłady składają się na mroczniejszą  (choć w pewien sposób zabawną) stronę epoki Heian. Być może, zapoznawszy się z nimi, zastanawiacie się, Drodzy Czytelnicy, jak to możliwe, że Japończycy uważają ten obfitujący w groteskowe absurdy okres za najlepsze lata swojej kultury. Odpowiedź na to pytanie jest prosta – mimo wszystkich opisanych wyżej patologii, stolica Japonii była przez te cztery wieki świadkiem nieprawdopodobnego wręcz rozwoju literatury. Nigdy wcześniej i nigdy później nie istniało społeczeństwo tak rozmiłowane w poezji. Skala sukcesu lub porażki, jakie ówczesny japoński arystokrata mógł odnieść na polu zarówno towarzyskim jak i politycznym, zależała bezpośrednio od jego umiejętności poetyckich. Właściwie w każdą interakcję zachodzącą między członkami elity wpleciona była wymiana wierszy, czy to w postaci cytowania cudzych dzieł, czy prezentacji własnej autorskiej twórczości. Przytoczenie poematu przez jednego z rozmówców dawało asumpt do tego, by jego interlokutor odwdzięczył się tym samym. Nawet pisma urzędowe roiły się od poetyckich strof, co niekiedy prowadziło do dziwnych sytuacji. Jeden z cesarskich ministrów, wysławszy kiedyś podległemu sobie urzędnikowi oficjalny dokument, w którego treść wplótł poemat, w odpowiedzi otrzymał od podwładnego wierszowaną odpowiedź, na którą zareagował wysłaniem kolejnego wiersza. W efekcie zaczęła się trwająca cały dzień poetycka korespondencja pomiędzy obydwa biurokratami, której uczestnicy zdążyli zapomnieć o administracyjnym problemie, jaki mieli rozwiązać!

Po raz kolejny przyjdzie mi odwołać się tu do Opowieści o księciu Genji. Choć mamy w jej przypadku do czynienia z dziełem prozatorskim, czytając pięćdziesiąt cztery rozdziały powieści damy Murasaki, natrafimy aż na 800 wierszy! Bohaterowie często porozumiewają się za ich pomocą i choć mamy tu do czynienia z wyidealizowanym obrazem dworskiego świata, to lektura zachowanych dzienników z epoki w dużej mierze pisanych przez kobiety (w tym samą Murasaki)  potwierdza kluczową rolę, jaką poezja odgrywała w życiu codziennym dobrze urodzonych Japończyków. Rówieśnica, a zarazem konkurentka autorki Opowieści o księciu Genji (obie były damami dworu dwóch różnych cesarzowych) – Sei Shōnagon, słynna z ciętego języka i licznych kochanków średniowieczna kobieta wyzwolona, w swoich Zapiskach spod wezgłowia bez litości szydzi z mężczyzn pozbawionych talentu poetyckiego, uznając jakość wierszy pisanych przez amanta za jeden z najważniejszych elementów romansu.

Ceremonialne stroje dworskie z epoki Heian. Muzeum Księcia Genji w Uji. Zdjęcie ze zbiorów Pawła Dybały

Oczywiście nie każdy składający strofy arystokrata z japońskiej stolicy był mistrzem mowy wiązanej. Duża część poezji powstającej masowo przez owe cztery wieki była niezbyt wysokiego lotu. W sukurs tym, którym natura poskąpiła talentu literackiego, przychodziły antologie poezji chińskiej i japońskiej, które kandydaci i kandydatki na salonowe lwy oraz lwice zakuwali na pamięć. Z czasem wielu dworzan do mistrzostwa opanowało technikę kopiuj wklej, komponując na poczekaniu nowe wiersze z cytatów lub podawanych przez odpowiednie leksykony toposów. Jednak nawet wówczas gra w ówczesne życie towarzyskie była wyczerpująca intelektualnie. W szlachetnej dworskiej konwersacji nie chodziło wszak o to, by wypluwać z siebie  wiersze jak karabin maszynowy bez ładu, składu i związku z aktualną sytuacją. Wręcz przeciwnie, cała sztuka polegała na tym, by znalazłszy się w konkretnych okolicznościach, wypowiedzieć poemat w subtelny sposób do nich nawiązujący. Z kolei osoba, do której skierowane były owe słowa, powinna równie subtelnie nawiązać  w swoim wierszu do strof rozmówcy. Jako się rzekło, użyć można było własnego utworu lub któregoś z krążących klasyków. Warto przy tym zaznaczyć, że wiersze chińskie uznawane były, podobnie jak cała literatura w tym języku, za domenę męską. Kobiety specjalizowały się raczej w języku rodzimym, zresztą nie tylko wiązanym. Zarówno Opowieść o księciu Genji jak i Zapiski spod wezgłowia oraz inne książki stworzone przez pisarki, pisane były używanym podówczas rodzajem kany, tj. sylabariusza japońskiego, dostosowanego do fonetycznego zapisu języka, z którego w późniejszych wiekach wyewoluowały używane dziś hiragana i katakana. Doszło nawet do tego, że literaci-mężczyźni, którzy decydowali się pisać przy pomocy rodzimego pisma, miast chińskich ideogramów swoje teksty podpisywali żeńskimi pseudonimami, obawiając się wyjść na mało męskich. Dla odmiany lekturę chińskich ksiąg przez kobiety uznawano za szkodliwą dla tych ostatnich. Gdy Murasaki Shikibu, przeżywając żałobę po śmierci męża, tłumiła smutek, czytając chińską klasykę, panny z jej fraucymeru wpadły w panikę, widząc w tym objaw pomieszania zmysłów.

Kult piękna nie ograniczał się tylko do literatury (podkreślam, że pod tym terminem rozumieć należy nie tylko poezję – wielką popularnością cieszyły się także dzienniki oraz gatunek tzw. monogatari – pisanych prozą historii, z których wyewoluowała powieść – w jednym z rozdziałów Opowieści o księciu Genji główny bohater rozmawia ze swoją córką o nowelistyce). Pasjonowano się także innymi estetycznymi zagadnieniami. Umiłowanie piękna było zresztą posunięte do takich granic, że wśród arystokracji estetyka zastępowała etykę. W ówczesnym piśmiennictwie za człowieka złego uznaje się nie tego, kto popełnia niegodziwe czyny, lecz osobę pozbawioną wrażliwości artystycznej. Wiele z czynów księcia Genji współczesny czytelnik uznać musi za zwyczajne świństwa, jednak współcześni Murasaki postrzegali zagadnienie wartości człowieka i jego postępków w zupełnie innych kategoriach. Problem z tym mieli późniejsi japońscy, przesiąknięci ideami religii buddyjskiej komentatorzy, którzy z jednej strony wynosili powieść z XI wieku na ołtarze, z drugiej borykać musieli się z faktem, że żywot jej bohatera jest jednym wielkim pasmem grzechów, którymi zasłużył sobie na długi turnus w buddyjskim piekle.

Dobrym przykładem ukazującym, jak ważna były estetyka w życiu arystokracji epoki Heian, jest fakt, że Sei Shōnagon, opisując idealnego kochanka, prócz jego umiejętności literackich zwracała uwagę m.in. na sposób, w jaki wciąga spodnie po stosunku, jakość i kolor papieru, na którym napisał poemat, tradycyjnie wysyłany przez mężczyznę swej lubej po powrocie do domu ze schadzki, czy rodzaj kwiatu, jaki załączał do owego poetyckiego liściku. Co ciekawe, za szczyt romantyczności uchodziło wykorzystanie w tym ostatnim celu całej rośliny razem z korzeniami, najlepiej z dyndającą z nich bulwą ziemi. Bywali też jednak i tacy oryginałowie, którzy zastępowali element botaniczny listu miłosnego pomysłowym zamiennikiem. Pewien arystokrata, np. dołączył do zawierającej namiętne wyznania korespondencji… pióro koguta, który rankiem obudził zmęczonych po nocnych igraszkach kochanków swym pianiem. Co więcej, informował damę swego serca, że natychmiast po powrocie z jej sypialni rozkazał służbie w ramach zemsty zabić przeklętego ptaka.

Władcy marionetek

Jak widać, epoka Heian z jednej strony była czasem rozkwitu wspaniałej dworskiej kultury, z drugiej okresem totalnego bezładu władz państwowych. Jakim cudem zatem trwała aż cztery epoki, nieniepokojona przez poważniejsze kryzysy? Była to zasługa rodu Fujiwara, z którym mieliśmy już okazję się zetknąć. Przez kilka pokoleń przywódcy tego rodu pełnili funkcję szarych eminencji, w których dłoniach zbiegały się wszystkie sznurki władzy, a kolejni cesarze podskakiwali tak, jak kierowali nimi ci polityczni lalkarze.

Fujiwarowie byli rodem starożytnym. Jeden z nich odpowiedzialny był za budowę Nagaoka-kyō, a kres epoki Heian, który przyszedł w roku 1185, bynajmniej nie zakończył ich historii. Ostatni mąż stanu, wywodzący się z tego klanu, pożegnał się bowiem ze światem, popełniwszy seppuku w roku … 1945, nie chcąc zostać osądzonym za zbrodnie wojenne, za które odpowiadał.

W przeciągu IX wieku klan ten wyforsował się na czoło arystokracji i wkrótce przejął faktyczną kontrolę nad Japonią. Co ważne, Fujiwarowie bynajmniej nie dążyli do przejęcia tronu – ten pozostał w rękach dynastii cesarskiej, pozbawionej jednak de facto (bo nie de iure wedle teorii prawnej monarcha jako potomek bogini Amaterasu był boskim jednowładcą) wszelkich prerogatyw poza religijnymi. Model ten przyjął się w dalszej historii Kraju Kwitnącej Wiśni. Gdy w roku 1185 dawny system upadł, a władzę z rąk dworskiej arystokracji wyrwali wywodzący się z prowincji samuraje, ich przywódcy z klanu Minamoto również pozostawili instytucję cesarza nietkniętą, tworząc jednak działający, przynajmniej teoretycznie, w jego imieniu urząd szoguna.

Pomnik przedstawiający tytułowego bohatera ,,Opowieści o księciu Genji” napisanej w XI wieku tu w towarzystwie kobiety jego życia księżniczki Murasaki. Książę Genji był ucieleśnieniem ideałów epoki. Zdjęcie ze zbiorów Pawła Dybały.

Na czym opierała się pozycja rodu Fujiwara i jego wpływy? Na niezwykle skutecznej polityce matrymonialnej. Klan dążył do zmonopolizowania cesarskiego babińca i zapełnienia go dziewczętami wywodzącymi się z jego szeregów. W przeciągu wieków normą się stało, że małżonki imperatorów były córkami lub wnuczkami przywódców Fujiwarów. Gdy parze cesarskiej rodził się syn, teść wymuszał na monarsze abdykacje na rzecz niemowlęcia. Przez następne lata dziadek małego cesarza pełnił przy nim funkcję regenta. Kiedy chłopiec osiągał pełnoletniość, zmieniało się w tym względzie właściwie tylko jedno – dawny regent zostawał kanclerzem i nadal to on sprawował realną władzę. Młodego cesarza żeniono zresztą szybko (zdarzało się, iż pan młody miewał dziesięć lat!) z kuzynką albo ciotką od strony matki. Kiedy owocem pożycia małżeńskiego zostawał nowy następca tronu, jego ojca czym prędzej zmuszano do abdykacji i cała zabawa zaczynała się od początku. Jako że cesarze na emeryturę przechodzili w efekcie w wieku około trzydziestu lat, w tym samym czasie po stolicy pętać się mogło nawet kilku eks-monarchów. Wstępowali do klasztorów buddyjskich, przy czym wcale niemało z nich, miast poświęcić się medytacji, natychmiast po postrzyżynach przystępowało do czerpania pełnymi garściami z życia wszelkich doczesnych rozkoszy, jakich dotychczas bronili im ich despotyczni dziadkowie i teściowie.

Wersal się skończył

Choć arystokracja epoki Heian bawiła się tak, jakby jutra miało nie być, to w jej szeregach z biegiem czasu rozpowszechnił się pesymizm. Duży wpływ na to miały cieszące się coraz większą popularnością nauki buddyjskie, a zwłaszcza krążąca wówczas przepowiednia o mającym wkrótce nadejść straszliwym okresie bezprawia, poprzedzającym koniec świata. Proroctwo to nie nastrajało optymistycznie, zwłaszcza że mniej więcej od przełomu X i XI wieku sprawy zaczęły rzeczywiście iść w złym kierunku.

Zachwianiu uległa oparta na ryżu ekonomia cesarstwa. Coraz więcej posiadłości ziemskich przechodziło oficjalnie na własność wielkich świątyń buddyjskich lub arystokratycznych rodów obdarzonych przywilejami podatkowymi. Prowincjonalne posiadłości ziemskie zaczęły przekształcać się w państwa w państwie, do których nie mieli wstępu ani poborcy podatkowi, ani cesarskie prawo.

Jakby nie dość było problemów fiskalnych, stolica borykać musiała się jeszcze z coraz częstszymi buntami na prowincjach. Tłumienie ich stanowiło poważny problem, gdyż armia cesarska uległa w epoce Heian tak wielkiej degeneracji, że nadawała się już tylko do zadań paradnych, a i z nimi nie radziła sobie zbyt dobrze. Dość powiedzieć, że wysoko urodzeni kawalerzyści ze stołecznego garnizonu… spadali z wierzchowców. Rozwiązaniem kłopotu okazało się zaangażowanie w utrzymanie porządku powstającej właśnie klasy samurajów. Szczególną rolę odegrały tu dwa rody- klan Minamoto, słynący jako kły i pazury Fujiwarów, oraz ród Taira. W roku 1146 głowa tego ostatniego – Taira Kiyomori wezwany do Heian-kyō celem spacyfikowania wywołanych przez buddyjskich mnichów zamieszek, wjechawszy na czele swych oddziałów do miasta, już go nie opuścił, przejmując kontrolę nad cesarstwem. W trzydzieści cztery lata później przeciwko jego dominującej pozycji (którą zabezpieczył na sposób Fujiwarów, wydając swoją córkę za cesarza, a potem zmuszając monarchę do abdykacji na rzecz urodzonego z tego związku dziecka) zbuntowało się młode (bo stare Kiyomori wybił) pokolenie Minamotów. Kraj Kwitnącej Wiśni pogrążył się w pierwszej z szeregu wojen domowych, które miały od tej pory nękać go przez stulecia. Kiedy w roku 1185 kurz bitewny opadł, świat epoki Heian odszedł w przeszłość. Narodziła się Japonia samurajów.